Nic oprócz gór i ostrych szczytów, czyli o tym jak odkryto Svalbard i co z tego wynikło

Nic oprócz gór i ostrych szczytów, czyli o tym jak odkryto Svalbard i co z tego wynikło

O istnieniu archipelagu wiedzieli już prawdopodobnie Wikingowie. Zdawkowe wzmianki o „zimnych brzegach” w okolicach, które dziś jednoznacznie kojarzą nam się ze Svalbardem, pojawiają się po raz pierwszy w XII-wiecznych nordyckich sagach. Sęk w tym, że na wyspach nie znaleziono dotąd żadnych dowodów, które pozwoliłyby jednoznacznie stwierdzić, że Wikingowie faktycznie na Svalbard dotarli. Drudzy w kolejce po tytuł odkrywców archipelagu byli Pomorcy, którzy zamieszkiwali okolice Morza Białego. Według teorii popularnej zwłaszcza wśród rosyjskich badaczy mieli oni dotrzeć na Svalbard w XV wieku. Jednak i tym razem twardych dowodów brak. W rezultacie, palmę pierwszeństwa dzierży holenderski żeglarz Willem Barents, a powszechnie przyjętą datą odkrycia Svalbardu jest 17 czerwca 1596 roku.

Barents nie błąkał się po zdradzieckich arktycznych wodach na własną rękę. Był głównym nawigatorem i nieformalnym kierownikiem wyprawy, która przetrząsała północne rubieże Europy w poszukiwaniu nowej drogi morskiej na Daleki Wschód. Holandia była wówczas handlową i morską potęgą, a możni nie szczędzili grosza na inicjatywy, które miały ułatwić im dostęp do lukratywnych rynków i pomnożyć ich bogactwa. To właśnie oni wspierali Barentsa w jego żeglarskich wysiłkach. Dlaczego nie powierzyli mu formalnego kierownictwa? Bo Barents ostro podpadł. Dwie wcześniejsze, kierowane przez niego wyprawy do Arktyki zakończyły się totalnym fiaskiem! Można więc śmiało założyć, że odkrycie Svalbardu było dziełem przypadku. Barents i spółka pochłonięci byli ważniejszymi sprawami, kiedy ni stąd, ni zowąd ujrzeli wyłaniające się z morza górskie wierzchołki.

Możliwe, że właśnie taki widok ujrzeli uczestnicy wyprawy z 1596 roku.
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Ląd ten okazał się północno-zachodnim krańcem największej wyspy archipelagu, o którym w Europie nikt dotąd nie słyszał. Po bliższej inspekcji wybrzeża, Barents skwitował je krótką notatką: nic oprócz gór i ostrych szczytów. Nie silił się też na oryginalność przy wyborze nazwy. Spitsbergen to nic innego jak ostre (spits) góry (bergen).

Odkrycie Spitsbergenu, który dziś znany jest jako Svalbard, było ostatnim odkryciem Barentsa. Kilka miesięcy później jego statek utknął w lodach w pobliżu Nowej Ziemi, gdzie w czerwcu 1597 roku historia Willema Barentsa dobiegła końca. Dla odkrytych przez niego wysp był to jednak dopiero początek. Pozostali przy życiu członkowie załogi wrócili do Holandii i chociaż głównego celu wyprawy nie udało im się osiągnąć, wzbudzili powszechne zainteresowanie mrożącymi krew w żyłach relacjami z zimowania w Arktyce i – co bardziej istotne – uaktualnioną mapą rejonów polarnych, na której Svalbard zaliczył swój kartograficzny debiut. Nie omieszkali też wspomnieć o wielorybach, które zamieszkiwały okoliczne wody w imponujących ilościach.

Pech chciał, że doniesienia te zbiegły się w czasie z gwałtownym wzrostem zapotrzebowania na surowce. Olej wytapiany z wielorybiego tłuszczu wykorzystywany był m.in. do wyrobu świec, kosmetyków, smarów i farb. Fiszbiny natomiast stanowiły ówczesny odpowiednik tworzyw sztucznych i znajdowały szerokie zastosowanie w produkcji gorsetów, parasoli, łyżek do butów i wielu innych przedmiotów codziennego użytku. Trudno się więc dziwić, że oczy Europy zwróciły się na północ.

Fragment mapy stworzonej przez Willema Barentsa, dzięki której Svalbard (zaznaczony jako Het Nieuwe Land, czyli Nowy Ląd) zaistniał w europejskiej świadomości.

Pierwsze statki wyruszyły w stronę Svalbardu już kilka lat później, żeby rozpoznać teren. Bardzo szybko okazało się, że okolice archipelagu to istne Eldorado dla wielorybników. Dlaczego zatem Europejczycy zwlekali z rozpoczęciem połowów aż do drugiej dekady XVII wieku? Bo znali się na wielorybnictwie jak kury na gwiazdach, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę specyfikę arktycznych łowisk. Jedynym wyjątkiem byli – i tu niespodzianka! – Baskowie, którzy trudnili się wielorybnictwem od wielu dziesięcioleci. To właśnie ich doświadczenie umożliwiło rozpoczęcie systematycznych połowów u wybrzeży Svalbardu.

Pierwsi wielorybnicy pojawili się na wyspach w 1612 roku, a wraz z nimi – stacje wielorybnicze, piece do wytopu oleju i rosnące stosy wielorybich kości. Pomijając Basków, którzy z początku stanowili kluczowy element każdej załogi, w wyścigu po zyski udział brali przede wszystkim Holendrzy i Anglicy, choć swoje trzy grosze do rzezi dorzucili też przedstawiciele innych krajów Europy. Stawka była wysoka, dlatego nie obyło się bez gwałtownych przepychanek o strefy wpływów, które koniec końców podzielone zostały między dwóch najpotężniejszych graczy. Stacje opustoszały już w latach 1650-tych, kiedy w wyniku nadmiernej eksploatacji rejonów przybrzeżnych, prowadzone tam polowania przestały przynosić zadowalające zyski. W ślad za swoimi ofiarami, wielorybnicy przenieśli się na otwarte morze, gdzie w ciągu następnych stu lat zdziesiątkowali miejscową populację wielorybów, kładąc tym samym kres masowemu wielorybnictwu w tym rejonie.

„Holenderscy wielorybnicy u wybrzeży Spitsbergenu” Abraham Storck (1690)

Rozrzucone po Spitsbergenie pozostałości pięćdziesięciu kilku stacji wielorybniczych to najwcześniejsze ślady ludzkiej aktywności na wyspach, a tym samym istotny element ich dziedzictwa kulturowego. Mimo swojej posępnej historii, dziś zaskakują soczystą zielenią, która wyraźnie odcina się od jałowego otoczenia. Wszystko przez wszechobecny niegdyś wielorybi tłuszcz, który okazał się świetnym źródłem nie tylko zysków dla europejskich przedsiębiorców, ale i substancji odżywczych dla arktycznej roślinności. Miał jeszcze jedną przydatną właściwość, ale o tym za chwilę.

Porośnięte mchem wielorybie czaszki w okolicy jednej z dawnych stacji wielorybniczych.
© Joanna Nawrot, Fundacja forScience

Starcie europejskiej zachłanności z arktyczną przyrodą zakończyło się tragicznie nie tylko dla wielu setek wielorybów (sami tylko Holendrzy odławiali około tysiąca osobników rocznie!), ale też dla sporej liczby wielorybników. Polowania prowadzone za pomocą harpunów z małych łodzi wiosłowych były delikatnie mówiąc ryzykowne, temperatury nie sprzyjały przypadkowym kąpielom, a monotonna dieta obowiązująca w stacjach i na statkach mało komu wychodziła na dobre. Wielorybnicy ulegali wypadkom i zmagali się ze szkorbutem. I choć ryzyko tych pierwszych wpisane było w ich zawód, skuteczne lekarstwo na to drugie mieli w zasięgu ręki. Był nim właśnie bogaty w witaminę C tłuszcz wielorybów, który – na swoje nieszczęście – wielorybnicy uważali za niejadalny.

Ponieważ pochówki na morzu nie cieszyły się popularnością, a transport ciał do kraju nie wchodził w rachubę, zmarłych chowano na Svalbardzie, nawet wtedy, gdy w wyniku postępu technologicznego wszystkie czynności związane z oprawianiem złowionych wielorybów odbywały się bezpośrednio na statkach. W rezultacie, okolice dawnych stacji usiane są grobami. Jest ich w sumie tak wiele, że do dziś stanowią najliczniejszą kategorię zabytków na wyspach! Są też chyba najbardziej przygnębiające. Ze względu na obecność wiecznej zmarzliny, złożone w grobach ciała zostały stopniowo wypchnięte na powierzchnię, gdzie zdane były na łaskę i niełaskę czynników atmosferycznych i zwierząt, a z czasem także nadgorliwych kolekcjonerów.

Koniec wielorybnictwa u wybrzeży Svalbardu nie oznaczał końca masowych polowań w tym rejonie. Zanim jeszcze statki wielorybnicze na dobre opuściły te okolice, na Svalbardzie pojawili się Pomorcy (o których wspominaliśmy już wcześniej). W przeciwieństwie do dyskusyjnych wizyt, które mieli rzekomo odbywać na długo przed oficjalnym odkryciem archipelagu, ich obecność na wyspach w XVIII i XIX wieku nie budzi wątpliwości, choć badacze wciąż spierają się o szczegóły. I chociaż Pomorców nie interesowały wieloryby, nie odstąpili oni wcale od rabunkowej eksploatacji miejscowych zasobów. Wręcz przeciwnie.

Początkowo Pomorcy polowali głównie na morsy, których kły – podobne do cennych ciosów słoni – wykorzystywane były jako materiał do wyrobu ekskluzywnych bibelotów. Znajomość arktycznych warunków (Pomorcy od wielu dziesięcioleci polowali m.in. w rejonie Nowej Ziemi), myśliwski spryt i kompletny brak skrupułów sprawiały, że potrafili oni uszczuplić miejscową populację morsów o kilkaset osobników w ciągu zaledwie paru godzin! Prawdopodobnie wytępiliby je do cna, gdyby nie foki, renifery, lisy i niedźwiedzie polarne, których skóry i futra były towarem równie ekskluzywnym i jeszcze bardziej pożądanym niż kły. Jako że najcenniejsze były futra pozyskiwane w sezonie zimowym, na wyspach wkrótce pojawiły się pierwsze całoroczne osady myśliwsko-traperskie, które rozpoczęły nowy rozdział burzliwej historii polowań na Svalbardzie.

Przyzwyczajeni do surowych warunków, Pomorcy świetnie radzili sobie z arktycznymi zimami. Wiedzieli też jak unikać chorób, zwłaszcza szkorbutu, który tak bardzo doskwierał ich poprzednikom. W rezultacie, groby Pomorców są zdecydowanie mniej liczne niż groby wielorybników. Bardzo rzadkim widokiem są też powszechne niegdyś prawosławne krzyże, które wznoszono nie tylko w celach religijnych, ale też i nawigacyjnych. Część z nich padła ofiarą warunków pogodowych, część posłużyła za opał zziębniętym turystom, a część została celowo usunięta. Nie oznacza to jednak, że Pomorcy nie pozostawili po sobie żadnych śladów. Grupy myśliwych mieszkały w starannie wykonanych drewnianych chatach, których najbardziej charakterystycznym elementem były ceglane paleniska. Jeśli więc natkniecie się na Svalbardzie na rozrzucone po tundrze fragmenty czerwonej cegły, będzie wysoce prawdopodobne, że jest to jedno z przeszło 70-ciu miejsc, zamieszkiwanych dawniej właśnie przez Pomorców.

Pozostałości ceglanego paleniska na terenie zamieszkiwanym niegdyś przez Pomorców.
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Pod koniec XVIII wieku, na Svalbardzie pojawiła się pierwsza grupa myśliwych, złożona głównie z Norwegów. W skład grupy weszli również znani nam już Pomorcy, którzy pełnili rolę ekspertów i instruktorów. Polując pod czujnym okiem starszych stażem kolegów, Norwegowie czerpali z ich doświadczeń, doskonaląc w ten sposób własne umiejętności. Regularne norweskie zimowania rozpoczęły się w drugiej dekadzie XIX wieku, kiedy w wyniku zawirowań politycznych w Imperium Rosyjskim Pomorcy zaczęli ograniczać działalność łowiecką na Svalbardzie. Norwegowie stopniowo przejmowali pałeczkę, a z początkiem lat 1850-tych zostali na wyspach sami, nie licząc dzikich zwierząt, które – zgodnie z trendami zapoczątkowanymi na Svalbardzie przez XVII-wiecznych wielorybników – zabijali bez opamiętania.

Na terenach łowieckich wkrótce powstały konstelacje drewnianych chat i pomysłowych pułapek, których regularne inspekcje wyznaczały rytm traperskiego życia. I choć po wydeptanych przez traperów ścieżkach już dawno nie ma śladu, pozostałości pułapek są dosyć częstym widokiem na Svalbardzie, a niektóre z chat do dziś mają się całkiem dobrze.

Na terenach łowieckich wkrótce powstały konstelacje drewnianych chat i pomysłowych pułapek, których regularne inspekcje wyznaczały rytm traperskiego życia. I choć po wydeptanych przez traperów ścieżkach już dawno nie ma śladu, pozostałości pułapek są dosyć częstym widokiem na Svalbardzie, a niektóre z chat do dziś mają się całkiem dobrze.

Mimo, że Norwegowie najchętniej działali w pojedynkę, w wyniku coraz to nowych rozwiązań technologicznych, ich skuteczność wzrosła na tyle, że wiele miejscowych gatunków znalazło się z czasem na skraju całkowitego wyniszczenia. Dość powiedzieć, że legendarny norweski traper Henry Rudi potrafił upolować ponad sto niedźwiedzi polarnych w ciągu zaledwie jednego sezonu! Nawet jeśli założyć, że koledzy po fachu nie dorastali Rudiemu do pięt pod względem skuteczności, był on wciąż tylko jednym z kilkuset traperów, którzy działali na Svalbardzie w pierwszej połowie XX wieku.

Pierwszym zwiastunem zmian w temacie łowiectwa był Traktat Spitsbergeński z 1920 roku, który położył podwaliny pod ochronę przyrody na Svalbardzie. W pierwszej kolejności – w roku 1925 – ochroną objęto renifery, a trzy lata później wprowadzono znaczne ograniczenia dotyczące polowań na pardwy, gęsi i lisy polarne. W 1952 roku do listy gatunków chronionych dopisane zostały morsy. Polowania trwały jednak nadal. Prawdziwy przełom przyszedł w roku 1973, kiedy za jednym zamachem w obrębie archipelagu ustanowiono 20 obszarów chronionych, o łącznej powierzchni ponad 100 000 km2! Wtedy też wprowadzono całkowity zakaz polowań na niedźwiedzie polarne, kładąc tym samym ostateczny kres rozpoczętym przeszło trzy i pół wieku wcześniej komercyjnym polowaniom, które kosztowały życie dziesiątek tysięcy miejscowych zwierząt i na zawsze odmieniły oblicze Svalbardu.

Obecnie niedźwiedzie polarne objęte są na Svalbardzie całkowitą ochroną.
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Tekst powstał na potrzeby projektu EDU-ARCTIC.PL, finansowanego ze środków Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach programu DIALOG.