Lepiej późno niż wcale, Część 2

Lepiej późno niż wcale, Część 2

Morza i oceany służą ludzkości za wysypiska od setek lat, ale początkowo nie stanowiło to większego problemu. Jeszcze pod koniec XVIII wieku, było nas zaledwie 1,5 miliarda, a większość generowanych przez nas odpadów wykonana była z naturalnych materiałów, które z czasem ulegały całkowitej biodegradacji. Dzisiaj jest nas pięć razy więcej, a spora część z 2,5 miliarda ton śmieci produkowanych corocznie na całym świecie, to tworzywa sztuczne, które biodegradacji nie ulegają. Ze względu na liczne niedociągnięcia w funkcjonujących systemach gospodarowania odpadami, ludzką nieostrożność, a w wielu przypadkach – zwykłą głupotę,  każdego roku prawie 10 mln ton śmieci trafia do oceanów.

Prawdopodobnie są wśród nich również Wasze śmieci, nawet jeśli nigdy nie byliście nad morzem i nigdy celowo nie zaśmiecacie okolicznych rzek. Jak to możliwe? Wystarczy silniejszy podmuch wiatru, żeby odpady z kosza lub przejeżdżającej śmieciarki trafiły na ulice, a stamtąd do studzienek, rzek i dalej – do morza, gdzie, za sprawą prądów morskich, ich podróż dopiero się zaczyna. Te, które z Europy ruszają na północ, w „ślepą uliczkę” Arktyki docierają w ciągu niecałych dwóch lat. I tam najczęściej zostają.

Zanim jednak poczucie winy wpędzi Was w otchłań depresji, śpieszymy donieść, że nie wszystkie śmieci zalegające na arktycznych plażach przypływają tam z Europy. Wiele z nich pochodzi ze statków operujących w rejonie Svalbardu, na Morzu Grenlandzkim i Morzu Barentsa. Są wśród nich wycieczkowce, jednostki naukowe i prywatne jachty, ale to nie one stanowią największy problem. Głównym winowajcą, a jednocześnie drugim najważniejszym źródłem śmieci w tym rejonie są statki rybackie, do których jeszcze wrócimy.

SZKŁO (50 kg)

Szkło na wybrzeżach Sørkapplandu.
© Adam Nawrot, Fundacja forScience

Szkło stanowiło najmniejszą część zebranych przez nas śmieci. Były to głównie butelki, niektóre  roztrzaskane w wyniku nazbyt gwałtownego lądowania na kamienistych plażach Spitsbergenu.

Żeby móc dopłynąć do brzegu, szklana butelka musi być cała. Popękane wkrótce nabiorą wody i zatoną. Na dno pójdzie też większość tych, które trafiły do morza bez korka lub zakrętki. To właśnie informacje zawarte na tych ostatnich stanowiły niezbity dowód na to, że wiele butelek zalegających na brzegach Sørkapplandu kryło w sobie kiedyś napoje wysoce wyskokowe. Najczęściej natykaliśmy się na butelki po trunkach produkcji rosyjskiej, ale – biorąc pod uwagę powszechną dostępność rosyjskiej wódki – nie można jednoznacznie stwierdzić, że winę za obecność tych butelek w Arktyce ponoszą właśnie Rosjanie.

Oprócz butelek, regularnie znajdowaliśmy żarówki. Często całe!
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Chociaż metody pozyskiwania piasku do produkcji szkła nie są obojętne dla środowiska, a w procesie produkcji zużywa się olbrzymie ilości energii (co wiąże się z bardzo wysoką emisją gazów cieplarnianych), gotowe szkło jest stosunkowo bezpieczne, nawet jeśli w wyniku niefortunnego przypadku lub celowego działania trafi na arktyczne plaże. Nie zmienia to jednak faktu, że jest ono jednym z najtrwalszych materiałów wyprodukowanych przez człowieka. Aby rozłożyło się do stopnia, w którym jego drobinek nie da się odróżnić od zwykłego piasku potrzeba nawet 4000 lat!

METAL (400 kg)

Najstarsze boje znikały powoli w wyniku postępującej korozji.
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Wśród odpadów metalowych1Potężny metalowy zbiornik, na który natknęliśmy się na jednej z plaż, sprawił, że ostateczna ilość metalu wyniosła nie 400, a 1400 kg! Nie będziemy jednak wdawać się w szczegóły w tym wpisie, bo uważamy, że znalezisko to zasługuje na oddzielny. najliczniej reprezentowane były boje rybackie. Najstarsze z nich znikały powoli w wyniku postępującej korozji. Te bardziej współczesne, odlane z odpornych na rdzę stopów aluminium, miały się zdecydowanie lepiej, ale i na nich znać już było wyraźnie bezlitosny ząb czasu. Materiał, z którego zostały wykonane, zamiast rdzewieć, stopniowo zamienia się w pył, w rezultacie czego powierzchnia boi staje się porowata, a z czasem pojawiają się w nich dziury. Prędzej czy później, boje ulegną na pewno całkowitemu rozpadowi, nie wiemy jednak ile trwa taki proces i czy jest on obojętny dla środowiska.

Jeśli wierzyć informacjom zawartym w raporcie z zeszłorocznej edycji projektu Svalbard Beach Litter Deep Dive, znajdowane na plażach boje nie są wyrzucane celowo. Większość z nich jest przypadkowo gubiona podczas pracy lub w wyniku gwałtownych sztormów, które regularnie nawiedzają Arktykę. Celowo wyrzuca się jedyne popękane boje, a te idą na dno zanim trafią na plaże.

Zardzewiała butla zawierająca resztki chlorodifluorometanu.
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Mimo że metal nie stanowi specjalnego zagrożenia dla środowiska, zawartość metalowych pojemników może okazać się bardzo szkodliwa. W metalowych butlach przechowuje się, na przykład, czynniki chłodnicze, które prędzej czy później, w wyniku spowodowanego korozją rozszczelnienia, wydostają się na zewnątrz. Substancje te nie są zazwyczaj toksyczne dla organizmów żywych, ale charakteryzują się wysokim potencjałem tworzenia efektu cieplarnianego i niszczą powłokę ozonową.

TWORZYWA SZTUCZNE (2200 kg)

Najliczniej reprezentowaną kategorią, były śmieci z tworzyw sztucznych. Na plażach Sørkapplandu można było znaleźć właściwie wszystko, od zużytych patyczków do uszu i zabawek, przez opakowania po produktach spożywczych i kosmetykach, aż po skrzynki i kanistry o bliżej nieokreślonej zawartości (które w uzasadnionych przypadkach traktowane były jako śmieci niebezpieczne).

Były wśród nich również przedmioty, które wielu z Was uznałoby za osobne kategorie odpadów, a które – wbrew pozorom – również wykonane są z tworzyw sztucznych. Weźmy, na przykład produkty gumowe.

Na jednej z plaż znaleźliśmy dwa koła samochodowe, jedno produkcji szwedzkiej, drugie – kanadyjskiej.
© Joanna Nawrot, Fundacja forScience

Guma to potoczne określenie szerokiej gamy materiałów, których właściwości zależą od rodzaju i ilości składników wykorzystanych w procesie produkcji. Dawniej, były to składniki naturalne. Dzisiaj, zdecydowana większość produktów gumowych z jakimi stykamy się na co dzień, to produkty powstałe z gumy syntetycznej, którą wytwarza się w zakładach chemicznych na bazie substancji ropopochodnych. W rezultacie, produkowana współcześnie guma jest tworzywem sztucznym i stanowi taki sam problem jak jej sztuczni kuzyni – nie ulega pełnej biodegradacji, a jedynie powolnej fragmentacji na coraz to mniejsze kawałki.

Z gumy produkuje się najróżniejsze wyroby, od opon i uszczelek po odzież ochronną i obuwie wodoodporne. Ku naszemu zaskoczeniu, na plażach Sørkapplandu znaleźliśmy przedstawicieli wszystkich tych kategorii. 

Kolejną pozornie odrębną grupę odpadów stanowiły liny i sieci rybackie, które w ciągu ostatnich kilku dekad przeszły podobną metamorfozę, co produkty gumowe. Zamiast włókien naturalnych, które sprawdzały się znakomicie przez setki lat, do produkcji współczesnych lin i sieci wykorzystuje się włókna syntetyczne. Są one tańsze, bardziej wytrzymałe na czynniki atmosferyczne i uszkodzenia mechaniczne, a – na dodatek – niektóre z nich utrzymują się na powierzchni wody. Nic więc dziwnego, że wyparły swoich biodegradowalnych poprzedników. Problem polega na tym, że ich najważniejsze zalety stają się utrapieniem w momencie, kiedy syntetyczna lina lub sieć zostanie zgubiona lub porzucona. Dlaczego? Unoszące się w toni wodnej sieci łowią dalej, powodując śmierć wielu gatunków zwierząt i skutecznie wyniszczając środowisko morskie.

Wydobycie tej sieci spod kamieni okazało się poważnym wyzwaniem.
© Joanna Nawrot, Fundacja forScience

Dryfujące w morzach sieci i liny zagrażają również jachtom i statkom, a tym samym – człowiekowi. Wkręcona w śruby lina to nie przelewki, zwłaszcza na dalekiej północy, gdzie temperatura wody nie sprzyja kąpielom, a pogoda słynie z nieobliczalności.

Mogłoby się wydawać, że negatywny wpływ tego typu odpadów zmniejszy się na lądzie, ale nic z tego. Nawet wyrzucone na plaże, sieci i liny stanowią poważne zagrożenie dla miejscowej fauny.

Zdecydowanie zbyt częstym widokiem wzdłuż wybrzeży Sørkapplandu były poroża reniferów zaplątane (i to jak!) w liny lub sieci rybackie. W niektórych przypadkach, znajdowaliśmy również czaszki, a czasem nawet kręgosłupy, które bardzo dobitnie świadczyły o tym, jak skończyli ich właściciele. O tym, czego renifery szukają w sieciach i dlaczego ich poszukiwania tak często kończą się tragicznie opowiadaliśmy we wpisie zatytułowanym Na wszelkie sposoby.

Używane współcześnie liny są niezwykle wytrzymałe. Nawet najsilniejszy renifer nie da rady ich pozrywać.
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Zagadką pozostawało dla nas dlaczego zdecydowana większość reniferów zaplątana była parami. Teorii mieliśmy kilka (w tym jedną lub dwie inspirowane tanimi filmami grozy), ale rzeczywistość okazała się o wiele bardziej prozaiczna. Wyobraźcie sobie zaplątanego w sieć renifera. Stoi taki na plaży z głową przy ziemi, potrząsając zajadle porożem w desperackiej próbie uwolnienia się z plątaniny sznurków (co ma prawdopodobnie zupełnie przeciwny efekt). Jest spora szansa, że wydaje przy tym dziwne odgłosy i przebiera nogami. Widzicie to? Renifery też to widzą, z tym że dla nich wygląda to jak zaczepka i często prowadzi do bójki, która z kolei prowadzi to tego, że… no właśnie… poroża znajduje się w sieciach parami.

Jak już wspominaliśmy, wiele śmieci zalegających na plażach Svalbardu pochodzi ze statków rybackich. Są to nie tylko boje, liny i sieci, ale też cały szereg mniej oczywistych przedmiotów, takich jak opakowania po produktach spożywczych, środkach czyszczących czy kosmetykach. Zastanawiacie się co ma piernik do wiatraka? Rybacy też ludzie i – jak każdy z nas – jedzą, sprzątają i dbają o siebie. Teoretycznie, opakowania, o których mowa, mógł wyrzucić każdy, ale – biorąc pod uwagę, że większość rybaków to mężczyźni, a większość statków rybackich operujących w tej części Arktyki to statki norweskie i rosyjskie – dziwnym zbiegiem okoliczności wydaje się fakt, że ze wszystkich opakowań, które można było zidentyfikować po etykietkach, większość pochodziła z Norwegii bądź Rosji, a w przypadku kosmetyków – przeznaczona była dla mężczyzn. Bardziej niż samo pochodzenie tych śmieci zaniepokoił nas jednak fakt, że wielu przedmiotów, które znajdowaliśmy na plażach, używa się tylko pod pokładem. Pozwala to bowiem przypuszczać, że do morza trafiły celowo, a nie w wyniku niefortunnego przypadku2Informacje, którymi dzielimy się z Wami w tym atykule, nie pochodzą wyłącznie z naszych obserwacji. Posługujemy się też wiedzą zebraną podczas analiz prowadzonych w zeszłym roku w ramach projektu Svalbard Beech Litter Deep Dive. Jeśli ciekawi jesteście czego jeszcze dowiedzieli się członkowie Deep Dive, tutaj znajdziecie pełen raport..

Liny, sieci i boje to tylko część śmieci, które trafiają na plaże Svalbardu z operujących w tej okolicy statków rybackich.
© Barbara Jóźwiak / Joanna Nawrot, Fundacja forScience

Zanim jednak nawtykacie w myślach rybakom i odetniecie się od problemu śmieci morskich w Arktyce, utwierdzeni w przekonaniu, że nie macie z nim nic wspólnego, chcielibyśmy zaznaczyć, że opakowania, na których wciąż widniały czytelne etykiety były na Svalbardzie rzadkością. Pochodzenie większości znajdowanych przez nas plastikowych odpadów pozostało niewiadomą, ale wiele wskazuje na to, że trafiły do Arktyki z Europy.

Należy też pamiętać o pośrednim wpływie, jaki wywieramy na Arktykę naszymi wyborami. Zwróćcie uwagę na to, skąd pochodzą ryby, które zjadacie na co dzień i które już we wtorek trafią na Wasze wigilijne stoły. Te poławiane w wodach polarnych cieszą się często dużym wzięciem, bo powszechnie uważa się ja za najzdrowsze. Są one też bogatym źródłem kwasów Omega-3, które wchodzą w skład wielu dostępnych na rynku suplementów diety. Kupując je wspieramy rybołówstwo, które – jak już wspominaliśmy – stanowi jedno z głównych źródeł śmieci znajdowanych na wybrzeżach Svalbardu. W rezultacie, odpowiedzialność za ich opłakany stan w mniejszym lub większym stopniu ponosimy i my.

Tak zapakowane śmieci zostały przetransportowane do Polskiej Stacji Polarnej Hornsund, a następnie do Longyearbyen, gdzie zajął się nimi miejscowy zakład utylizacji.
© Joanna Nawrot, Fundacja forScience

Ilość śmieci zalegających na plażach Sørkapplandu przeszła nasze najczarniejsze wyobrażenia. Mimo że bezpośredni wpływ człowieka jest na tym obszarze ograniczony do minimum, z 15-kilometrowego odcinka, który udało nam się wysprzątać, usunęliśmy blisko 4 tony odpadów. To średnio 250 kg na każdy kilometr linii brzegowej, której cały archipelag ma ponad 3500 km!

Należy jednak pamiętać, że – według oficjalnych szacunków – śmieci wyrzucane przez fale stanowią zaledwie 5% odpadów znajdujących się w oceanach. Zdecydowana większość z nich (95%) prędzej czy później opada na dno, gdzie stwarza równie poważne zagrożenie dla ekosystemu i jeszcze większe wyzwanie dla sprzątających.

Zanieczyszczenie tak odległego i relatywnie nietkniętego obszaru jak Daleka Północ stanowi kolejny dowód na to, że obecny model gospodarczy i oparty na nim styl życia już wkrótce doprowadzą do globalnej katastrofy ekologicznej. Potrzebne są daleko idące zmiany systemowe, ale zanim to nastąpi pamiętajmy, że wielkie zmiany zaczynają się często od małych aktów oporu. Wbrew pozorom, liczy się każda foliowa torebka czy plastikowa słomka, której nie użyjemy, każdy por kupiony luzem, a nie owinięty folią na styropianowej tacce, i każda nowy „super produkt”, na który nie damy się skusić, bo przecież, tak naprawdę, wcale go nie potrzebujemy. Warto o tym pomyśleć w wirze okołoświątecznych zakupów.