Straszliwie Zmurszała Chata i Spółka, Część 2

W poprzedniej części opowiadaliśmy Wam, między innymi, o tym skąd wzięła się Straszliwie Zmurszała Chata (która w oficjalnych rejestrach figuruje nieco częściej jako Kapp Horn Hytte), jak zmieniała się na przestrzeni lat i czemu zawdzięcza swój sfatygowany, acz wciąż nieodparty urok. Dzisiaj weźmiemy na celownik popularne wśród traperów trendy konstrukcyjne, a przy okazji po raz kolejny pokażemy Wam, że Arktyka to nie przelewki.

Chaty traperskie, bez względu na lokalizację, z założenia budowane są z drewna. Problem polega na tym, że na Svalbardzie nie ma drzew w naszym rozumieniu tego słowa. Występuje tam tundra, która charakteryzuje się bardzo niską, rachityczną roślinnością, zdominowaną przez mchy i porosty. To, co uchodzi tam za drzewa, na niższych szerokościach geograficznych wywołałoby co najwyżej zmieszany uśmiech. Najliczniej reprezentowanym gatunkiem „rośliny drzewiastej” jest wierzba polarna (Salix polaris), której wysokość sięga w porywach do – uwaga! – 9 cm. W rezultacie, zdecydowanie łatwiej pomylić ją z krzakiem jagody niż jej europejską kuzynką, a drwale nie mają na Svalbardzie zbyt wiele do roboty.

Na górze: Wierzba polarna w pełnej krasie | Na dole: Tundra podczas koszenia
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Drewno potrzebne do budowy od zawsze importowano na Svalbard z zewnątrz, głównie z Norwegii. Jest tam też jednak mnóstwo drewna z odległej Syberii, które trafia na Svalbard za pomocą tego samego taśmociągu, z którego korzystają rosyjskie śmiecie – prądów morskich. Wiecie już w jaki sposób śmiecie dostają się na ten taśmociąg (opowiadaliśmy o tym na antenie Radia Kampus), ale potężne drewniane bale?

Od wielu dziesięcioleci, ścięte drzewa spławia się na Syberii rzekami. Jest to skomplikowany proces, a spławiane pnie regularnie wymykają się spod kontroli, w rezultacie czego, zamiast do miejsca przeznaczenia, trafiają do Oceanu Arktycznego, a tamtędy – na kamieniste plaże Svalbardu.

Zbłąkane drewno z Syberii na wybrzeżach Svalbardu
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Drewno, które zawędrowało na Svalbard z Syberii, jest jedynym, oprócz kamieni, łatwo dostępnym materiałem budowlanym. Nic więc dziwnego, że Chata Kapp Horn zbudowana jest w dużej mierze właśnie z niego.

Drewna dryftowego używa się też do zabezpieczenia drzwi wejściowych i okien przed co bardziej ciekawskimi niedźwiedziami polarnymi. W większości przypadków, zabezpieczenia te stosuje się tylko wtedy, kiedy chata stoi pusta. Jeśli chcemy z niej skorzystać, musimy je poodsuwać. Czasami jednak, z potężnych bali buduje się bardziej permanentne konstrukcje, jak ta na wejściu do Kapp Horn Hytte, czy do chaty na Treskelen.

Wejścia do chat na Palffyodden i Treskelen
© Adam Nawrot, Fundacja forScience

Typowy miś nie zmieści się między balami, nie da też rady przecisnąć się pod nimi. Można więc mieć nadzieję, że – po skrupulatnym obwąchaniu okolicy – znudzi się i odejdzie. W razie gdyby, mimo wszystko, udało mu się dostać do środka, zaraz za drzwiami czeka na niego kolejne wyzwanie w postaci miniaturowego przedsionka, którego ciasnota ma na celu zniechęcić misia do dalszych eksploracji.

Jeśli mamy nieszczęście być akurat w takiej chacie, możemy pomóc intruzowi podjąć decyzję o odwrocie robiąc, na przykład, dużo hałasu (co większości z nas przyszłoby chyba zupełnie naturalnie). Znany jest też przypadek polskiego polarnika, który bardzo skutecznie dał niedźwiedziowi do zrozumienia, że nie jest mile widziany, grzmocąc go w nos patelnią.1Zgodnie z miejscowym prawem, poruszając się po Svalbardzie trzeba być uzbrojonym. I nie chodzi tutaj o patelnię, ale o prawdziwą broń z prawdziwą, ostrą amunicją. Należy jednak pamiętać, że niedźwiedzie polarne, mimo iż potrafią być niebezpieczne, nie są żądnymi mordu potworami. Jeśli podchodzą bliżej, kieruje nimi zazwyczaj ciekawość, a nie krwiożercze instynkty, dlatego w pierwszej kolejności należy spróbować je odstraszyć. Po broń sięgamy wyłącznie w ostateczności. Chojraków przestrzegamy. Zanim zrobicie coś głupiego, poczytajcie przepisy. Kary za nieuzasadnione zabicie niedźwiedzia są na Svalbardzie wyjątkowo surowe. W tym konkretnym wypadku nie bez znaczenia był jednak fakt, że niedźwiedź zaglądał do chaty przez okno. Innymi słowy, uzbrojony w patelnię polarnik musiał się liczyć jedynie z głową intruza, bo reszta znajdowała się wciąż po drugiej stronie strategicznie umiejscowionej ściany.

Ciekawski niedźwiedź polarny
© Nikita Ovsyanikov, Irina Menyushina

Okna – a raczej nieliczne, niewielkie okienka – to kolejny charakterystyczny element miejscowego budownictwa. Większość chat ma tylko jedno. Kapp Horn Hytte ma aż cztery, co wydaje się szaloną wręcz ekstrawagancją. Wszystkie wyposażone są w mniej lub bardziej prowizoryczne kraty i okiennice, o niezwykle pomysłowych zamknięciach, które – jak już wspominaliśmy – w ramach dodatkowego zabezpieczenia dociska się często znalezionymi na plażach balami.

Okna w Kapp Horn Hytte, czyli inwencja twórcza na poziomie Master
© Adam Nawrot, Fundacja forScience

Jak widać, wiele rozwiązań konstrukcyjnych, stosowanych w chatach traperskich na Svalbardzie, wiąże się z obecnością (i wrodzoną dociekliwością) niedźwiedzi. Kolejnym istotnym czynnikiem jest klimat. Aby zwiększyć szczelność i sztywność konstrukcji, a tym samym zabezpieczyć ją przed silnym wiatrem, deszczem i śniegiem, chaty obijano czasami od góry do dołu papą. Rozwiązanie to było stosunkowo tanie i proste, ale miało też kilka wad. Najpoważniejszą z nich był fakt, że pokryte papą budynki nie oddychały, w wyniku czego zbierało się w nich sporo wilgoci. Poza tym, mimo umocnień w postaci przybijanych na wierzchu desek, na dłuższą metę pokrycie z papy nie było w stanie oprzeć się hulającym po okolicy wiatrom. Z papy, która jeszcze w latach 80. szczelnie otulała część Chaty Kapp Horn, do dzisiaj przetrwały jedynie żałosne strzępy. Chata na Gnålodden wygląda pod tym względem zdecydowanie lepiej, ale – jako chroniony prawem element dziedzictwa kulturowego Svalbardu – podlega ona troskliwej opiece fachowców.

Chata traperska na Gnålodden i oślepiony jesiennym słońcem polarnik
© Barbara Jóźwiak, Fundacja forScience

Ostatnim nieodzownym elementem każdej szanującej się chaty traperskiej jest tak zwana koza, czyli piec, który pełni rolę grzejnika, kuchenki i suszarki do ubrań. I chociaż potrafi czasem zamienić wnętrze chaty w wędzarnię, bez niego trudno byłoby przetrzymać nawet arktyczne lato. Niestety, jak wszystko na Svalbardzie, również i piec wiąże się z całą gamą trudności i niebezpieczeństw. Najbardziej oczywistym z nich jest ryzyko pożaru, a tym samym – perspektywa znalezienia się, dosłownie i w przenośni, na lodzie. Oprócz tego, piec wymaga komina, a ten z kolei – wycięcia trudnej do uszczelnienia dziury w dachu lub ścianie. O potencjalnych konsekwencjach takich dziur opowiadaliśmy w poprzednim wpisie.

Człowiek, który gapił się na kozę
© Adam Nawrot, Fundacja forScience

Pozostaje jeszcze kwestia opału. Drewno dryftowe2Według powszechnie przyjętej opinii, którą i my do niedawna uznawaliśmy za prawdziwą, drewno dryftowe wyrzucane przez fale w obrębie parków narodowych Svalbardu stanowi element tych parków, w wyniku czego podlega ochronie. Jednak po uważnym przestudiowaniu oficjalnych informacji dostępnych na stronie Gubernatora Svalbardu, możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest to mit. Chronione jest wyłącznie stare drewno dryftowe, na którym widnieją ślady obróbki sugerujące, że może pochodzić ono z dawnych osad, które istniały na tym terenie przed rokiem 1946. pali się, co prawda, znakomicie, ale prawo Murphy’ego sięga nawet na Svalbard i może się zdarzyć, że w naszej okolicy nie będzie akurat ani kawałka. Żeby zapobiec przykrym niespodziankom, odpowiedni zapas opału należy przywieźć ze sobą. Nasz wyruszy z Polski już na początku czerwca. Wystarczy na ogrzanie Straszliwie Zmurszałej Chaty, naszej szóstki i znacznej ilości obiadów, a w razie monumentalnej wpadki (której, ma się rozumieć, nie przewidujemy) – na szałas.

Tyle o chatach. W kolejnym wpisie wrócimy do problematyki projektu Sørkapp Marine Litter Cleanup i zmierzymy się z pytaniem, które słyszymy częściej niż jakiekolwiek inne, a mianowicie czy nasz wkład w rozwiązanie problemu nie byłby przypadkiem większy, gdybyśmy – zamiast na arktyczne plaże – ruszyli do polskich szkół.

P.S. „Chwila, moment!”, wołacie pewnie w duchu. „A gdzie obiecane poprzednim razem, aktualne zdjęcia z frontu?!” Niestety, rzeczywistość pokrzyżowała nasze plany i kontrolna wizyta na Palffyodden nie doszła do skutku. W rezultacie, na chwilę obecną, i nam i Wam muszą wystarczyć zdjęcia z daleka.

Tak blisko, a tak daleko, czyli Palffyodden widziane z przeciwnej strony fiordu Hornsund
Maj 2019 © Adam Nawrot, Fundacja forScience